3 ZA 2 NA WYBRANE PRODUKTY DO PIELĘGNACJI

logo
Bomby cieplne, biurokracja i handel w dni świąteczne
Fri May 22 2026 12:07:56 GMT+0000 (Coordinated Universal Time)

Pozdrowienia ze słonecznej Hiszpanii.

Jak na ironię, w niektórych częściach Wielkiej Brytanii było w tym tygodniu cieplej niż u nas, ale nie rozczulajcie się za bardzo – Hiszpania jest następna w kolejce do tej bomby upałów… I to szybko. W zeszłym tygodniu opowiadałem Ci o mojej podróży i o tym, dlaczego warto wtykać sobie watę w uszy… Jeśli przegapiłeś ten wpis, możesz nadrobić zaległości tutaj.

Część tygodnia spędziłem z hiszpańskim zespołem w nowym biurze i magazynie w Maladze. Zawsze dobra zabawa. Showroom nabiera kształtów, zapasy płyną i naprawdę czuję, że Hiszpania zaczyna nabierać dla nas rozpędu.

Ale oprócz wizyt w magazynach i spotkań, miałem też przyjemność ponownie zmierzyć się ze słynną hiszpańską biurokracją.

Ach tak… Czas na odnowienie karty pobytu.


Musiałem odnowić kartę pobytu, zanim wygasła. Teoretycznie proste.

Lata temu system polegał na tym, że trzeba było pojawić się o świcie przed lokalnym komisariatem policji i dołączyć do zdezorientowanego tłumu krzątającego się po chodniku. Co jakiś czas pojawiał się jakiś bardzo ważny policjant, ściskając notes i wykrzykując nazwiska z tak silnym akcentem, że nawet ich właściciele mieli problem z rozpoznaniem samych siebie. Z jakiegoś powodu zawsze zwracają się do mnie moim drugim imieniem, którego nie potrafią wymówić – to Lloyd.

To był chaos, ale w jakiś sposób uroczy chaos.

Teraz Hiszpania wkroczyła w świat nowoczesnych technologii.

Można umówić się na bardzo precyzyjną wizytę online.

Moja była dokładnie o 10:16.

Nie o 10:15.

Nie o 10:20.

10:16.

Zostałem również bardzo stanowczo ostrzeżony, że wizyta MUSI odbyć się przed upływem terminu ważności karty. Z moim harmonogramem podróży przypominającym źle zorganizowaną podróż dookoła świata, zdobycie terminu było wystarczająco stresujące. Mojej agentce, Carolinie, w końcu udało się załatwić kartę w Fuengiroli – dokładnie dzień przed upływem terminu ważności i idealnie wpasowała się w moje plany podróży.

Przybyłem więc w czwartek wieczorem.

Wizyta w piątek rano.

Idealnie.

Równo o 10:16 pewnie weszliśmy po schodach. Policjant odhaczył moje nazwisko z listy i zaprowadził nas do budki, gdzie kobieta starannie sprawdziła wszystkie moje dokumenty, wpisała coś do komputera, lekko zmarszczyła brwi…

Potem, z czymś, co uznałem za odrobinę przesadną satysfakcję, poinformowała Carolinę: „Och… zasady się zmieniły”. Wymamrotała coś o Brexicie, wzruszając elegancko ramionami po hiszpańsku. Najwyraźniej… Musiałem się pojawić PO upływie terminu ważności karty.

Wszystkie dokumenty zostały zwrócone, a ona, niemal jakby na marginesie, dodała po angielsku: „A tak przy okazji… Nie możesz podróżować poza Hiszpanię, dopóki nie zostanie wydana nowa karta”.

Wtedy poczułem, że „podcięto mi skrzydła”. Biedna Carolina wyglądała na bliską łez. Byłem dziwnie spokojny. „Takie rzeczy się zdarzają” – powiedziałem jej.

Część 2…


Carolinie jakimś cudem udało się umówić na kolejną wizytę w tym tygodniu — tym razem w Marbelli.

Punkt 14:00.

Szybkie wyszukiwanie w Google ujawniło, że biuro w Marbelli ma już w sieci pewną reputację… W jednogwiazdkowych recenzjach wielokrotnie pojawiały się frazy takie jak „najbardziej nieprzyjazne biuro w Hiszpanii” i „biurokratyczny koszmar”. Świetnie. Zapowiadało się ciekawie.

Nie mogłem zaparkować, więc przyjechałem tylko trochę wcześniej. Carolina była już na zewnątrz, nerwowo przestępując z nogi na nogę. 

- Szybko! Wejdź!

- Ale wizyta jest o 14:00…

Tak, ale był jeden mały problem.

Ogromny napis na drzwiach wyraźnie informował, że biuro zamyka się punktualnie o 14:00. Tylko w Hiszpanii można było umówić się na wizytę dokładnie o godzinie zamknięcia biura. W każdym razie… Weszliśmy. I szczerze? Wszyscy byli mili. Mężczyzna w recepcji był pogodny, wszystkie dokumenty zostały sprawdzone, pobrano odciski palców, podstemplowano formularze. Spodziewałem się, że od razu przekażą mi błyszczącą, nową kartę. Nie ma mowy. Biuro było zamykane.

- Kiedy mogę ją odebrać? - zapytałem. Uśmiechnął się ciepło. 

- Damy ci znać…

- Jak długo?

- Może trzy… może cztery tygodnie…

- Ale muszę jechać do Wielkiej Brytanii… 

- No cóż, potrzebujesz tylko pozwolenia.

- Ok, mogę je dostać?

Okazuje się, że trzeba się umówić na spotkanie, żeby złożyć wniosek o pozwolenie; najwcześniej za trzy tygodnie, a potem czeka się jeszcze tydzień na jego wydanie. Ach tak.

Słynna hiszpańska biurokracja jednak żyje dalej. Nie ma sensu się denerwować… Robi się gorąco – fala upałów – już robi się gorąco…

Tymczasem zbliża się wiosenny długi weekend, Dzień Ojca coraz bliżej, a sezon zdecydowanie się rozkręca – dosłownie i komercyjnie.

Z Indii i Indonezji wciąż przybywają nowości, w tym wyjątkowo dobrze sprzedające się prezenty z kamieni naturalnych i kolekcje biżuterii, które już wyprzedają się z magazynów. Zdecydowanie rośnie zapotrzebowanie na produkty z przesłaniem, historią i duszą. Zobacz oferty poniżej.

Gdziekolwiek jesteś w ten weekend – czy intensywnie handlujesz, relaksujesz się w słońcu, czy zmagasz się z papierkową robotą gdzieś w Europie – mam nadzieję, że spędzisz kilka wspaniałych dni.

A jeśli masz umówioną wizytę w urzędzie dokładnie na tę samą godzinę, o której zamykają biuro…Powodzenia.

Miłego weekendu i udanych zakupów.

David

Share: